Zanim miód trafi do beczki miodosytnika, przechodzi przez najbardziej dopracowaną linię produkcyjną świata, czyli pszczołę miodną. Po latach w pasiece wciąż mnie to zdumiewa.
Wole miodowe, czyli cysterna z laboratorium
Pszczoła zbieraczka zasysa nektar do wola miodowego, zbiorniczka oddzielonego od żołądka. Już w drodze do ula zaczyna się chemia. Enzymy, między innymi inwertaza, rozkładają sacharozę na cukry proste: glukozę i fruktozę. Dlatego dojrzały miód jest tak przyswajalny i tak trudny do podrobienia.
Sztafeta pokoleń
W ulu zbieraczka przekazuje nektar pszczole ulowej i zaczyna się sztafeta. Pszczoły wielokrotnie podają sobie kroplę, za każdym razem dodając enzymy i odparowując wodę. Nektar ma 40-70% wody, dojrzały miód poniżej 20%. Resztę roboty wykonuje wentylacja: setki pszczół wachlujących skrzydłami jak żywa klimatyzacja.
Zasklep, czyli podpis jakości
Gdy miód jest gotowy, pszczoły zamykają komórkę woskowym wieczkiem, zasklepem. Dla pszczelarza to sygnał, że miód dojrzał i można myśleć o miodobraniu. Odbieranie niedojrzałego miodu to grzech główny, bo zbyt wodnisty potrafi fermentować w słoiku.
Dlaczego to ważne dla miodu pitnego?
Bo miodosytnik dostaje w spadku wszystko, co zrobiły pszczoły: enzymy, pyłek, mikroślady pożytków. Z miodu odbieranego dojrzale, z konkretnych pożytków, powstają miody pitne z charakterem. O tym, co kwitnie u nas na Jurze, piszę osobno. A efekty pracy naszych pszczół znajdziecie w sklepie.
